dozownik

Koszmar w fabryce plastiku

Niedawno w jednej z polskich fabryk plastiku miał miejsce prawdziwy koszmar. Pracownicy uciekali z niej z krzykiem, mężczyźni mieli strach w oczach, kobiety mdlały, gdyby były tam dzieci to wszystkie by przejmująco płakały nad losem przedsiębiorstwa. Rozpętał się istny armagedon, którego nawet strażacy nie potrafili opanować. Jedynymi osobami, które cieszyły się z takiego obrotu rzeczy byli dziennikarze lokalnych gazet, którzy nareszcie mieli jakiś ciekawy temat do opisania, bo do tej pory były to co najwyżej dziury w drogach, festyny disco polo, czy pijany wojewoda szarżujący po drogach w okolicach leśniczówki.

W fabryce plastiku łatwo może dojść do groźnych awarii

dozownikTaki temat to była dopiero sensacja! Ile artykułów można napisać: Zawalenie się fabryki plastiku, czy winne były urządzenia czy błąd ludzki, losy poszkodowanych i ich rodzin, czy prezes firmy poda się do dymisji, jak wygląda produkcja plastiku w Polsce, jak długo potrwa odbudowa fabryki, czy lokalni mieszkańcy pomogą w odbudowie? To tylko niektóre z tematów, które można poruszyć. Od czego to wszystko się zaczęło? Winne były dozowniki grawimetryczne. To one dostarczają materiał do dalszej obróbki. Niestety, nagle przestały działać, a materiał zaczął się w nich gromadzić i zalegać. Regulatory gorących kanałów, które miały pilnować temperatury topienia się plastiku zaczęły się przegrzewać i rozregulowywać. Wskutek czego dozowniki barwniki nie były potrzebne, albowiem materiał zaczął się wylewać zanim do nich dotarł. Biedny dozowniki barwnika. Niczemu nie był winien, a to przy nim kręciło się najwięcej osób, bo właśnie przed nim nastąpił wyciek płynnego plastiku.

Nawet suszarki do tworzyw, które osuszają gotowe wyroby nie miały tu racji bytu, ponieważ nie dało się ich przesuwać i nakierować na suszenie zniszczeń. Ludzie nie wiedzieli co mają robić, skoro nie potrafili opanować zbliżającej się katastrofy. Większość od razu ratowała się i uciekała do wyjścia, a nawet ci, którzy początkowo chcieli naprawić szkody i tak w końcu się poddawali i dołączali do pozostałych. Na miejsce przybyli strażacy, ale niewiele mieli do roboty, bo nic nie płonęło. Mogli jednak zalać gorący plastik i maszyny, które pod wpływem wody przestały wreszcie działać. Nic innego nie dało się zrobić.